Górski plener z Moniką, Bartkiem i Jerry’m

Dzwoni budzik. Pierwsza myśl „ale jak to? Przecież zaledwie 5 godzin temu wróciliśmy z wesela”. Jednak te myśli szybko mijają, bo wiemy, że dziś szykuje się świetny dzień. Zdrowe śniadanie, pakowanie sprzętu do auta i w drogę. Pierwsza część podróży mija przyjemnie, później zaczynają się schody. Objazdy, remonty, ślepe ulice i zakazy wjazdu obniżają nasze morale, ale tylko na chwile bo w myślach już jesteśmy z Nimi w naszym ukochanym miejscu. Po chwilowych problemach nawigacyjnych wracamy na właściwe tory i kierujemy się prosto na nasz wymarzony górski plener. Dojeżdżamy do Szklarskiej, miejscowości którą  od zawsze uwielbiamy i cenimy. Cieszymy się widokami. Jechaliśmy tą drogą z 1000 razy, ale zawsze robi to samo piorunujące wrażenie. Nasze ciała ogrania relaksujący spokój. Jesteśmy na swoim miejscu.

Szybki telefon, Oni już są!  Trochę przed czasem. Mamy spotkać się w centrum. Dojeżdżamy, czekają przed samochodem, kto? Monika, Bartek i… Jerry, czyli Ich ukochany czworonożny przyjaciel- owczarek niemiecki. Dalej ruszamy razem.

Podróż samochodem to tylko część drogi. Zostawiamy więc samochody na parkingu i dalej idziemy już pieszo. Plener w górach rozpoczniemy po 2h drogi od parkingu. Świetnie, bo mamy okazje pogadać. Droga daleka, ale to świetna okazja by poznać się lepiej. Monika i Bartek od początku bardzo nas zaintrygowali. Napisali do nas bowiem na Instagramie. Dla większości to normalne, ale dla nas to absolutna nowość. Długo nie mogliśmy się przekonać do tej form komunikacji… cóż ciągle się uczymy.

Całą drogę rozmawiamy, w zasadzie tematy się nie kończą… Od razu czujemy, że nadajemy na tych samych falach. Właściwie zapominamy, że poznaliśmy się dopiero przed chwilą. Mamy wrażenie, że jesteśmy na wycieczce z dobrymi znajomymi. Jest tak miło, że niewiadomo kiedy docieramy na miejsce.

Warunki absolutnie ekstremalne. Wokół las, duży strumień i góry. Małe zadaszenie, gdzie Monika i Bartek mogą się przebrać, a przede wszystkim zostawić ciężkie rzeczy, które nieśli ze sobą od parkingu.  Trochę turystów , których z każdą chwilą jest coraz mniej. Zapada cisza, słychać tylko szum wiatru, szum wody i my. Zostajemy praktycznie sami. Jest pięknie, już przebieramy nogami – chcemy robić zdjęcia! Nie możemy się doczekać. Górski plener to było od zawsze nasze marzenie.

Wreszcie zaczynamy, słychać odgłos zwalnianej migawki a zaraz potem słychać” wow!” – krzyknęła Asia ! Słychać dźwięk drugiej migawki „wow!”  – tym razem wyrwało się mi. Po dwóch pierwszych zdjęciach wiemy doskonale, że jesteśmy w swoim miejscu, wiemy, że jesteśmy z niezwykłymi ludźmi. Nasze głowy obiegają myśli. Zaczynamy się zastanawiać czy przypadkiem nie robimy zdjęć modelom. Wszystko jest takie perfekcyjne, niezwykłe. Każde zdjęcie wychodzi jak z dobrej reklamy czy okładki, każde zdjęcie jest trafione. Jesteśmy w swoim świecie.

Niezwykli Oni Monika Bartek i Jerry. Fantastycznie patrzeć jak dwoje ludzi potrafią bardzo kochać siebie i swojego pupila.  Niezwykła symbioza… doskonale to rozumiemy bo również bezgranicznie kochamy zwierzęta. Z radością patrzymy jak Bartek szaleje z Jerry`m, jak Monika tuli się do swojego pupila pogrążona w myślach…

Sesja nadal trwa. Fotografujemy bez opamiętania, jak by miało nie być jutra, jesteśmy w naszych marzeniach- stają się namacalne.

Krajobraz zaczyna się zmieniać. Niebo postanawia się przyjrzeć naszym poczynaniom, naszej radości.  Chmury sięgają czubków drzew, są tak blisko. Widok jest po prostu bajeczny, do tego stopnia, że zaczynam myśleć, że śnie, że dopiero wróciłem z wesela i to się nie dzieje. Nerwowo szczypie się w rękę… ufff… to prawda my tu naprawdę jesteśmy.

Czas się kończy, chmury schodzą niżej, zaczyna mżyć, nadchodzi noc. Górski plener rządzi się swoimi prawami. Jeszcze tylko parę zdjęć przy opuszczonym, obdrapanym schronisku – w myśl zasady im gorzej tym lepiej. Zresztą tą zasadą kierujemy się zawsze – nigdy nie zawodzi. Tym bardziej jeśli fotografuje się tak atrakcyjną Parę. Pora kończyć.

Pakujemy sprzęt Monika i Bartek się przebierają i ruszamy w drogę powrotną. Tylko, że jest już zupełnie ciemno, my bez latarek.

Na szczęście znamy drogę na pamięć i po dwóch godzinach szybkiego marszu jesteśmy na parkingu. Szybkie pożegnanie i długi powrót do domu, w strugach deszczu, w myślach w euforii i w melancholii.

W domu kierujemy się prosto do łóżka i od razu zamykamy oczy, padamy ze zmęczenia…

Rano otwieramy oczy jest już szaro, jest poniedziałek. Szybko siadam do komputera, chcę tam wrócić… I wracam Boże jak ja kocham górski plener, jak ja kocham takich ludzi.

Powrót